24 kwietnia 2017

Jałowo się czuję; dzień za dniem, niby wszystko w porządku: przed pracą w porządku, w pracy w porządku, po pracy w porządku, a jednak jakoś tak nijak.

Znowu lizanie

6 kwietnia 2017

Wróciłem z pracy do domu, posprzątałem co nieco i zapędziłem rodzinę do wypisania kartek na nadchodząca wielkanoc. W tym czasie wybrałem się na pocztę po znaczki (kartki i koperty przygotowałem już wcześniej), przy okazji w ramach prezentu za dobre sprawowanie kupiłem sobie jeden ponadnormatywnie, bo akurat pani w kasie dysponowała znaczkami wielkanocnymi. Kupiłem, zapłaciłem, wróciłem do domu, zebrałem wypisane i sam zasiadłem do wypisywania swoich. Właśnie skończyłem adresować i jutro w drodze do archiwum wrzucę plik kopert do skrzynki. W tydzień powinny dojść. A nawet jeśli dojdą nieco spóźnione to i tak ucieszą.

Czy mi zależy? W sumie tak, bo w sumie zawsze miło dostać jeszcze coś odręcznego na papierze. Bo więcej kosztuje? Bo więcej lataniniy w tę i nazad? Bo trzeba pomyśleć i się zastanowić? I bardzo dobrze, przynajmniej mózg się nie prostuje.

Zielono mi.

wiosna

20 marca 2017

Tydzień po moim odejściu z papugarium szumnie określającego się jako kancelaria prawna, pojawiło się ogłoszenie o pracę, które zwróciło moją uwagę. Mianowicie Komenda Miejska Policji we Wrocławiu poszukiwała kandydatów do pracy na stanowisku obsługi archiwum zakładowego KMP. Oczywiście zgłosiłem swoją aplikację, tym bardziej, że archiwum KMP znajduje się na moim osiedlu, także lokalizacja wręcz wymarzona.
W tym czasie rozsyłałem swoje cefałki w różne dziwne miejsca uwzględniając: księgarnie, liczarnie pieniędzy i inne takie cuda – oczywiście bez odzewu – dlatego tym bardziej ucieszyłem się, kiedy przed Bożym Narodzeniem zostałem poinformowany o spełnieniu wszystkich wymogów formalnych i zaproszeniu na rozmowę kwalifikacyjną do siedziby głównej KMP we Wrocławiu. Rozmowa ta miała miejsce 28 grudnia 2016. Oprócz mnie był jeszcze jeden koleś. Rozmowa przebiegła pomyślnie: byłem dobrej myśli, tym bardziej, że tamten koleś, w porządku alfabetycznym był pierwszy. A że ściany i szczeliny w drzwiach pozwalały mi na chcąc-niechcąc słuchanie przebiegu jego rozmowy (i braku podstawowej wiedzy) tym bardziej byłem utwierdzony, że powinienem wygrać.

Minęło kilka dni, minął rok, minęła 70 mojego ojca, minął mój kaco-zjazd o którym pisałem…
Zadzwonił telefon z kadr. „Bardzo dziękujemy Panu za autoprezentację i wzięcie udziału w konkursie na stanowisko blebleble, ale konkurs wygrał drugi kandydat.” Świetnie. Cóż, skoro jakaś melepeta wygrała to kuj wszystkim w kakało, szukam pracy dalej. I znowu zamulanie przed komputerem w poszukiwaniu ofert i ogłoszeń o pracę. W tak zwanym międzyczasie spokoju nie dawała mi także koleżanka, z którą to dosyć intensywnie się zaznajomiłem w minione wakacje, a która to obecnie jest z moim niegdysiejszym najlepszym kumplem, ale chyba jej jednak nie jest tak różowo i kolorowo skoro za jego plecami czasami zawracała mi gitarę, a nawet jako zdeklarowanemu czechofilowi zaproponowała wzięcie udziału we wspólnym wyjeździe do Republiki Czeskiej, a dokładniej do Pragi, gdzie byśmy chodzili, zwiedzali, pili piwo i w ogóle spędzili upojny weekend, gdzie oni byliby oboje+jeszcze jakaś para+ja jako kundel do towarzystwa. Oczywiście olałem sprawę, bo ani ze mnie kundel a wolny człowiek, w dodatku w tamtym momencie bez specjalnie jakiegokolwiek grosza przy duszy, a i po cholerę wchodzić do rzeki która już dawno uschła. Ja mam swoje życie, oni swoje i tyle: było minęło i się skończyło. W zamian usłyszałem, że jestem nastoletnim gówniarzem i z takim podejściem nie znajdę w swoim życiu nikogo i niczego: nawet roboty.
Cóż, akurat była to końcówka stycznia. Przyznaję że bylem nieco zdołowany moimi przeżyciami w związku z szukaniem pracy: bo ile można wysyłać w ciemno cefałek i innych takich cudów i zero odzewu.
Aż pewnego dnia zadzwonił telefon. Już miałem go olać, podejrzewając, że to „koleżanka” po raz x dzwoni, ale numer inny – stacjonarny, odebrałem.
- Dzień Dobry. Z ej strony … z Wydziału Kadr Komendy Miejskiej. Ja dzwonię w sprawie zakończonego niedawno konkursu na stanowisko blebleble. Czy rozmawiam z Panem…?
- Owszem, rozmawia Pani. Jestem przy telefonie.
- Widzi Pan, tak się składa, że osoba, która wygrała konkurs zrezygnowała i jako, że Pan także startował w tym konkursie, obecnie przed Panem pojawiła się szansa zatrudnienia na to stanowisko. Czy byłby Pan zainteresowany podjęciem pracy w Komendzie?

Mówisz masz, oczywiście, że byłem zainteresowany. Umówiła mnie u siebie w kadrach na dwa dni później. Tam mniej więcej dowiedziałem się co i jak, odebrałem skierowanie na medycynę pracy + plik formularzy i zaświadczeń wymaganych przy zatrudnieniu i heja banana. Pojutrze minie mi już 5 tygodni odkąd pracuję. Oczywiście nic z tych rzeczy: nie jestem funkcjonariuszem, a tylko pracownikiem cywilnym, czyli w sumie nikim, ale nie to jest najważniejsze. Najważniejsze jest to że znalazłem robotę w swoim – naprawdę – zawodzie i ta robota oczywiście sprawia mi satysfakcję. I spacer z domu do pracy zajmuje mi 5 minut.

W sumie to zamieniłem MS na MSWiA. Także jak widać dalej siedzę w resortach siłowych.

mieć czy nie być/być czy nie mieć

11 lutego 2017

Ponoć jest to domena jednostek nieprzeciętnie nadwybitnych, ale czasami uważam swoje życie za mniej lub bardziej, ale jednak gówniane pasmo mniejszych lub większych porażek. Z drugiej strony jako jednostka nieprzeciętnie nadwybitna uważam nieraz otaczających mnie ludzi za mniejszy lub większy, ale jednak gówniany motłoch wrodzonych imbecyli. Ot takie luźne rozważania.

W zeszła sobotę „zaproponowano” mi abym ewentualnie w ramach przyjacielskiej pomocy został bykiem rozpłodowym. Oczywiście nie w ujęciu dosłownym, ale jednak. Przyznaję, że moja aparycja i ogólnie pojęta fizyczność tworzą ze mnie niezrównanie nieforemną seksualną czekoladę, ale żeby od razu dawać nasienie w celu zapłodnienia metodą in-vitro? Kiedyś myślałem aby zgłosić się do banku nasienia, bo a nuż ktoś jest w potrzebie, a to daje poczucie anonimowości i bezpieczeństwo, że jednak nigdy się nie spotkamy, a kiedy zapragnę zostać ojcem to po prostu kogoś pokocham i razem pragnąc tego samego, będąc dojrzałymi do swojej decyzji i woli przedłużenia gatunku ludzkiego z jednoczesnym słowem, że zapewnimy temu małemu ziarnu miłość i bezpieczeństwo, kiedy postanowi opuścić wygodne matczyne łono, to po prostu będziemy mieć dziecko, tzn. będę ojcem i mężem. Oczywiście ze świadomością, że gdzieś tam chodzi sobie pewien osobnik, który także narodził się ze mnie, ale w warunkach laboratoryjnych. Tak… kiedyś myślałem żeby się zgłosić i po prostu chodziło tu o forsę, bo ponoć donatorom płaca pieniądze za te kilka ruchów posuwisto zwrotnych. Ale w końcu nie zrobiłem tego, bo kiedy przeczytałem jakie są warunki i wymagania stawiane ewentualnym przyszłym dawcom nasienia to się aż przeraziłem. I będąc świadomy, że nie przejdę testu na czystość genetyczno-psychiczno-zdrowotno-inteligencką zrezygnowałem.
A teraz to w pewnym sensie wraca. Wiadomo życie pisze nieoczekiwane scenariusze, owszem staram się być zawsze w porządku, ale nie może być tak, że jeżeli jedna osoba nie może znaleźć odpowiedniego faceta (w domyśle partnera życiowego), a zaczyna mieć parcie na dziecko to nagle stwierdza, że jednak z pośród tego grona przerobionych facetów tylko ja okazuję się być Facetem, przy czym nie chodzi tu o uczucie, a po prostu o zwykłą lojalność i prostolinijną formę przywiązania jednego człowieka do drugiego, mimo, że wiele nas dzieli i nie ma tu mowy o miłości (pociąg erotyczny z mojej strony swoją drogą jest obecny, ale ja jestem erotomoanem: wyważonym, ale jednak). Po prostu dziewczyna spaliła się na tylu facetach, że zaproponowała mi abyśmy mieli dziecko, ale w związku z tym, że jednak jesteśmy „przyjaciółmi” i w dodatku nie czuje do mnie pociągu fizycznego zaproponowała abyśmy zrobili to in-vitro. Ale jako, że in-vitro jest włącznie dla par, które są parami z prawdziwego zdarzenia wypadałoby się ochajtać, tym bardziej, że ani jej ani mnie kościelny do szczęścia nie jest potrzebny. Czyli mówiąc krótko wystarczy zaklepać termin w USC i heja i można składać papiery o in-vitro.
Nie mam nic przeciwko tej metodzie, ale skoro już, hipotetycznie, mamy mieć dziecko to nie można tego zrobić po ludzku jak kobiety i mężczyźni robią od zarania dziejów? Zostawiając probówki naprawdę potrzebującym.
Z drugiej strony jeżeli ceną przyjaźni (choć nie wierzę w przyjaźń damsko-męską, druga sprawa nie lubię szastać wzniosłymi hasłami) ma być dziecko, to przepraszam bardzo, a co jeśli ja lub ona się zakocha. Pal sześc w sobie, ale w innej osobie. „Poznajcie się: to mój wieloletni przyjaciel/przyjaciółka* i mamy razem dziecko, ale wiedz, że i tak to Ty jesteś najważniejsza/najważniejszy* w moim życiu.” Kuriozum. Ja rozumiem i doceniam to, że doceniane jest to ,że można na mnie (chyba) polegać i mi zaufać i że zbieram i pomagam, kiedy trzeba, ale nie można tak o po prostu.

I sam nie wiem co zrobić. Nie poruszam tematu, staram się go unikać, przecież nie odwrócę się plecami nie zrobię Brexitu. Może to tylko kwestia hormonów i nagłego przypływu instynktu macierzyńskiego? Fakt, że za kilka lat na dziecko może być już za późno, ale niech to dziecko będzie owocem miłości, a nie koleżeństwa. I to dwóch kompletnie odmiennych osobowości.

* Niepotrzebne skreślić.

I jak to jest, że fotele w sali projekcyjnej jednej z popularnych fabryk do wyświetlania ogłupiających filmideł dla tępej gawiedzi są mniej wygodne niż fotele w sali kina, które jako chyba ostatnie w tym piastowskim grodzie może się w miarę uczciwie nazywać kinem studyjnym?

I miło, że po tych kilku tygodniach milczenia platforma blogowa tak stęskniła się za czytaniem moich wynaturzeń, że aż wypisuje do mnie maile.

3 stycznia 2017

Nigdy w życiu nie narzekałem na brak pluszowego misia. To znaczy jako dziecko nie narzekałem; chyba. Wspomnienia mają zawsze to do siebie, że albo coś się zapomina, albo się pamięta sam fakt występowania samego zdarzenia, przy czym nie pamięta się – bo i jak? – co się w tedy myślało czuło. Dorastanie/dojrzewanie ma to do siebie, że zmienia się kontekst i percepcja. Coś co nas straszyło, dziś może już bawić i na odwrót. Owszem zawsze zostają nam jakieś demony, jakieś strachy, lęki, obawy, lecz i one mogą być wyolbrzymione w stosunku do realnego wówczas zagrożenia lub czegokolwiek co je u nas wywołało. Chyba… Psychologiem nie byłem, nie jestem i nie będę i mój powyższy wywód powstał na zasadzie mi się wydaje.
Wracając do misiów, jako dziecko miałem misie: bawiłem się nimi, karmiłem je, spałem z nimi, nadawałem im imiona. W końcu i tak wylądowały na śmietniku… Być może czegoś mi przez to dziś brakuje.

Moje stosunki z kobietami, a w zasadzie ich brak. Owszem jestem erotomanem, owszem mam oczy i nimi patrze, owszem mam świadomość, że inni/inne także mają oczy i nimi patrzą. Piękny nie jestem nie byłem i raczej nie będę. Czy przystojny? Nie mnie oceniać, a pytać nie wypada, z drugiej strony pytanie czy odpowiedź na to nie zawierałaby w sobie litości zamiast prawdziwie szczerej odpowiedzi.
Wiele kobiet bardzo mi się podoba:  fizycznie. Zasadniczo wolę blondynki, zasadniczo jestem rudofilem, zasadniczo jestem estetą, zasadniczo lubię coś co mnie w kobiecie pociąga: zapach, tembr głosu, długość włosów, może kwestia ich umalowania/ufryzowania, może kolor: także zależy od padania światła, wzrost: niski lub wysoki, szczupła lub mniej szczupła, rozmiar biustu, wymiary, sylwetka… To jest iluzja. Już sam makijaż jest sztuką iluzji, bo przecież są kobiety, które malują się dla nieznacznego poprawienia urody i są kobiety, które malują się aby zamaskować braki tejże. A czy trafi się na jedno czy na drugie często dowiadujemy się po fakcie. A czar po tym fakcie niestety potrafi prysnąć. Sposób ubierania się także jest jedną wielką cholerną iluzja. Tu się coś zamaskuje, tu coś zakryje, a potem jest zgrzyt i albo śmiech, albo zażenowanie, albo jeszcze bardziej nieprzyjemne emocje. Oczywiście alkohol, a w niektórych przypadkach i inne środki rozluźniająco-rozweselające robią swoje. A że facet zawsze może to swoją drogą. Alkohol wyostrza zmysły, poprawia percepcję widzenia, usprawnia wyczuwalność zapachu i wreszcie podnosi nam chuć i to w takim stopniu, że skoro możemy zawsze i wszędzie, to teraz możemy tak samo do potęgi entej. Tylko co z tego skoro to wszystko działa na zasadzie wacka pompki. Życie to nie film dla dorosłych, a po alkoholu naprawdę wiele nie trzeba żeby raz dwa i dżez i po ptokach. Nieraz bywa po ptokach zanim się zaczęło, bo przez te wyostrzone zmysły jest się tak nabuzowanym, że trulululu i zostaje tylko wstyd. A prawdziwy macho nie zna słowa wstyd. I wstyd maskuje agresją.
Także kicha, leżymy i robimy pod siebie.

Kobiety widziały i pewnie widzą we mnie kolegę, kumpla. Oczywiście swoje braki/niedoskonałości fizyczne starałem i staram się przekuwać w inne cechy, dużo we mnie (chyba) empatii. Oczywiście nie każda dziewczyna kobieta to materiał na żonę, co to to nie. Nie mam skrzywienia i owszem erotomaństwo erotomaństwem (np widząc fajną dziewczynę w autobusie), a zdrowy rozsądek zdrowym rozsądkiem.
Jestem raczej nudnym człowiekiem, zamiast się wydurniać, zwracać na siebie uwagę wariacjami, od razu przybierać gemby i maski wolałem stać z boku. Nie wychylać się itd. To inni mieli powodzenie, to inni byli na językach, ja byłem nudnym gościem, a jeśli zostałem w końcu dostrzeżony i tak kończyło się na koleżeństwie: pogadać, pomóc, doradzić, przybić gwóźdź, naprawić kran, zwierzyć się z problemów – taki fajny kolega, bo nie ślini się jak inni i pomaga zamiast się domyślać i na którego zawsze można liczyć. – Dzięki.
Owszem ja także przybieram rożne gęby i maski. Nieśmiałość także trzeba jakoś zwalczać. a to śmiech, a to żart, a to mogę sobie pośpiewać, tak czy inaczej jestem raczej z gatunku tych niezauważalnych. Z gatunku tych allenowskich przegadanych bohaterów: inteligentów którzy gadają, gadaj, gadają, gadają i przepierdalają. Może też jestem po części neurotykiem. Fakt, że często utożsamiałem się z tymi bohaterami, bo w gruncie rzeczy są takimi samymi nieudacznikami jak ja?
Próbowałem z rożnymi dziewczynami, fakt wiele ich nie było, ale były. Były poznania, rozważenia za i przeciw, były podchody, przychodziło uczucie, bo to przecież uczucie często odpowiedzialne jest za to, że nam się chce, że zamiast „daj”, pojawia się „proszę, to dla Ciebie”. Owszem gdzieś to erotomaństwo lata w powietrzu i oczywiście gdzieś tam oczekuje się na ten finał, ale to schodzi na dalszy plan. Oczywiście pojawiają się także złe emocje. Weźmy na przykład taką zazdrość, straszna rzecz. Gdzie byłaś? Co to za pajac? A jak się na niego patrzyłaś? jeszcze gorsza jest zazdrość skrywania, a potem dośpiewywana sobie samemu. Takie niewinne przeglądanie konta na pejsbuku, a potem złość, że taki a taki skomentował, a jeśli był to ex lub niedoszły to już w ogóle tylko się powiesić. Oczywiście zazdrość działa tylko w jedną stronę: strona zazdrosna jest czysta jak łza.
Tak czy inaczej, grunt,że nam się chce, przychodzące uczucie wytwarza sobie swoją własną iluzje/ułudę i ta osoba o której tylko myślimy jest naj we wszechświecie. I dla niej wszystko. A potem przychodzi srut i kaniec filma. Coś się pieprzy i każde idzie w swoją stronę.
W moim wypadku zawsze rozbijało się o to samo: fajny jest facet, ale bardziej taki kolega/przyjaciel niż cokolwiek więcej. Oczywiście przyjaźń to także ważna i poważna relacja, często trwalsza niż miłość, ale cóż z tego. Zresztą przyjaźń i miłość mają ten wspólny mianownik, że tak samo można sobie nimi wycierać mordę. To może miłość powinienem nazywać zauroczeniem/? Chyba jednak tak.
To teraz szczerość pierwsza klasa: nigdy nie kochałem się fizycznie z dziewczyną w której się kochałem! Nasze relacje, a moje starania, podchody, nerwy zawsze kończyły się na w najlepszym wypadku „przyjaźni”. Owszem mi wtedy też przechodziło. I tak każde ma swoje życie, a wracać po raz enty nie ma sensu.

Wczoraj mój ojciec skończył 70 lat. Wiadomo, siedemdziesiątkę obchodzi się tylko raz w życiu, a że mój ojciec należy do gatunku pijących to i goście byli i butelki były.
Zasadniczo nie lubię, kiedy mój ojciec pije. Tak to jeden z moich demonów dzieciństwa. Moi rodzice nie pobrali się z miłości. W ogóle nie wiem dlaczego się pobrali? Tzn, poznali się w 81. – zostali zeswatani na zasadzie stara panna + stary kawaler + kilu „życzliwych” znajomych + alkohol + iluzja = niedobrana para poczęła dziecko. Hahahahaha, a ja na pierwszej randce nawet nie nalegam aby się całować. Moja matka po kilu miesiącach zjawiła się w wiosce ojca i oznajmiła, że jest w ciąży. To się pobrali. Wielka w tym zasługa mojej matki i chyba tylko jej, że to małżeństwo do dziś funkcjonuje, dorobiwszy się trójki synów (i to normalnych). Tzn. nigdy nie uwierzę, aby kiedykolwiek się pokochali, to raczej siła przyzwyczajenia. Tak czy inaczej, są razem.
Nie chcę jechać teraz Kuczokiem lub innym Maślankiem. Tzn nie chcę zostać odebrany jakbym miał oczerniać lub cokolwiek złego.
Czasami jako dziecko nienawidziłem swego ojca. Pił jak Polak: nie szukał okazji, bo ona zawsze się znajdowała. Cud tylko, że te okazje nie skończyły się alkoholizmem, ale to inna para kaloszy. Mój ojciec jest z gatunku dobrych gembiarzy. Tzn przed światem jest zajebiście otwartym i sympatycznym człowiekiem, a dla najbliższych niczym towarzysz Stalin nigdy nie wiadomo co sobie myśli: wiadomo że wybuchnie, tylko nie wiadomo kiedy, z jaką siłą i przeciwko komu. A jak sobie popił to już w ogóle klękajcie narody.
Przyjmując w Sądzie papiery często natrafiałem na akta dotyczące spraw (karnych lub rodzinnych – w końcu te wydziały m.in. obsługiwałem) w których pojawiła się przemoc domowa. U mnie w domu jej nie było. Owszem były awantury, szczególnie kiedy ojciec się mocno napił … wróć, jako dziecko pamiętam dwie awantury, naprawdę ciężkie, które teoretycznie można by pod tą przemoc podciągnąć. Raz już chyba nawet miała być wzywana policja, ale wezwana nie została. Tak czy inaczej, mój ojciec po pijaku, a było to często potrafił być naprawdę nieobliczalny. Choć z zewnątrz wszystko niby wyglądało tiptop. Nie będę ukrywał, że do dziś mnie to boli: często pod moim, naszym, kątem leciały z jego ust teksty typu: tuman, debil, nieuk (no z tym się czasem może zgodzę). Mieliśmy działkę – w czasie powodzi w 97 popłynęła w siną dal – a na tej działce ojciec nas eksploatował. Owszem z perspektywy czasu widać w tym i dużo plusów, bo i człowiek nauczył się tego i owego, ale cały dzień lub pół dnia po szkole spędzać na działce z tak wybitnie przekazującym wiedze pedagogiem nie było spełnieniem marzeń, tym bardziej, że człowieka ciągnęło do kolegów/do zabawy, a w przypadku braci trzeba było jeszcze odrobić lekcje. Przez działkę moi bracia mieli chujowe oceny – bo kiedy te lekcje robić – a chujowe oceny stanowiły pretekst do wybuchu ojca. A jak wiadomo na działeczce, jak sobie człowiek popracuje to i pić się chce, a i kamraci zawsze się znajdą – to zadziwiające. Dziś mamy telefony, smartfony, mesengery dostępne przez cały czas i każdy wyobcowany w czterech ścianach, a jeśli nie to i tak z nosem w smartfonie i nie ma jak się z kim i kiedy ustawić. A kiedyś? Nieważna pogoda, stan zdrowia i inne takie bzdety: swój ze swoim zawsze się spotkał. Kończąc dygresję, koledzy zawsze się pojawiali, pić się chciało, zakłady przetwórstwa owocowego Ostrowin były wówczas jeszcze rozkwicie, tak samo Browary Dolnośląskie i inne gorzelnie, także żaden problem z gaszeniem pragnienia. Tylko nigdy nie było wiadomo co z tego gaszenia wyniknie.

Mijają lata, czas leczy rany. Człowiek uczy się na własnych i na cudzych błędach. Mój dziadek święty nie był i sprawił swojej rodzinie nie mało „atrakcji”. a mój ojciec im bardziej chciałby tych atrakcji oszczędzić swojej rodzinie tym więcej atrakcji nam właśnie sprawiał. Ani ja, ani żaden z moich braci nie jesteśmy takimi głupcami aby teraz te brudy wyciągać, bo i po co. Mój ojciec jest ich chyba i tak świadom, przez lata się uspokoił, spokorniał, chociaż po alkoholu nadal potrafi mu się przytrafić nieraz jakiś numer, ale to już naprawdę rzadko. Trudno, ten typ tak ma. Nie zmienia to jednak faktu, że pamiętając to co było i widząc to co jest teraz, chciałbym oszczędzić takich rzeczy w przyszłości. I ciągle boję się, że mogę jednak nie podołać, że ten skrywany gdzieś w tych moich zakamarkach podświadomości gbur, cham, prostak i jednak aktor weźmie górę.

Wracając do siedemdziesiątki. Pozwoliłem sobie wczoraj także trochę „pobalować”. Balowanie to może za dużo powiedziane, po prostu około 11 zaczęły się odwiedziny gości, tu coś się chlapło, tam coś się chlapło. Należy się, sam też się przyłączyłem. Efektem, po 16 było już po urodzinach, bo mój ojciec zmożony świętowaniem, przebrał się i położył spać (skłonność do niekontrolowanej agresji przeszła mu w skłonność do spania). Myśmy z matką posprzątali cały ten majdan i z braku lepszych rzeczy do roboty także położyłem się do wyra. I ogarnęło mną dziwne uczucie. W sumie jeszcze nigdy chyba tak nie miałem; myślę, że towarzyszy to osobom w nałogu, co zresztą tłumaczyłoby periody, tudzież inne ciągi alkoholowe.
Owszem czasem piję, szczęśliwie w przeciwieństwie do mojego ojca (w przeszłości) i wielu innych ludzi, nie popadam w agresje po alkoholu. Dostaję humoru, pitu pitu, srutututu, jest wesoło, a potem idę spać i w trakcie snu trzeźwieje. Nazajutrz przytrafi się skarpeta w ustach i oczywiście kac, ale to rzadko. Pamiętając wydarzenia sprzed lat, nie upijam się, nie używam także alkoholi mocnych(te od wielkiego dzwonu), zresztą i tak mi nie smakują. Z drugiej strony kilka piw czy pól litra to i tak to samo ścierwo. Niemniej jednak jak już to wieczorem, przy okazji spotkania towarzyskiego, po próbie, po pracy…: piwo, dwa, góra cztery – nie więcej, bo i po co? Humorek się pojawia, człowiek wraca do domu i w kimono.
Natomiast wczoraj, zważywszy, że biesiada zakończyła się po tej 16, to jakby nie patrzeć jeszcze połowa dnia mi została. I co z tą połową dnia zrobić? Porządki rach ciach i co dalej? Alkohol podziałał na mnie pobudzająco, owszem rozpierała mnie energia, jednak nie ukrywajmy: wódka otumania. Wobec czego, jako że dzień można zaliczyć do już minionych, pościeliłem sobie i także położyłem się do wyra licząc, że jednak niedługo przyjdzie sen. Sen nie przyszedł, za to zaczęła przychodzić trzeźwość. Na początek okropny posmak alkoholu w ustach, a następnie apatia, smutek, poczucie nijakości. Zwinąć się w kłębek i nie być – zniknąć. Po raz pierwszy w życiu na własnej skórze, a raczej na własnej jaźni poczułem nagle wszystkie swoje demony, tęsknoty, pragnienia żale, chciałem się komuś wypłakać, ale po co? na co? Zabijcie mnie, nie wiem. Poczułem chujowość swojego dotychczasowego istnienia, swego marnego ziemskiego bytu. W sunie w skali świata jestem takim małym okruszkiem, takim pyłkiem kurzu, takim maciupeńkim gówienkiem, które można spuścić w gigantycznym klozecie wszechświata. I tylko ta woda z rezerwuaru po nas zostanie i ewentualnie wielka plama gówna na ceramice, którą i tak zmyje szczotka od kibla. Tak się poczułem, bo taki w sumie jestem. Ludzie się rodzą, umierają, świat idzie do przodu. A najwięksi bożyszcze tłumów za te x lat będą tak samo rozpoznawani jak Enmebaragezi (wiadomo tylko, że był on ponoć pierwszym poświadczonym źródłowo władcą w dziejach świata, a było to około 2800-2700 roku p.n.e. i działo się to w okolicach Babilonii). I tyle z niego zostało. Z nas zostanie plastik i baterie po smartfonach

Czeski film

30 grudnia 2016

Nigdy nie ukrywałem swojej niechęci do fajerwersków i innych sylwestrowo-noworocznych wystrzałów petard i innych taki pirotechnicznych bzdetów. Nigdy też nie miałem parcia aby spędzać sylwestrowe noce na jakiś balach czy innych umciaumpa potupajkach. Z drugiej strony siedzieć w domu jak ten dziad dardanelski też jakoś niespecjalnie mam ochotę. Dlatego zapewne miło będzie spędzić sylwestra z koleżanką i jeszcze kilkoma znajomymi osobami. Cóż, „muzykę” jakoś przeboleję, nawet wódki się napiję, także naprawdę wielkie święto.
W związku z tym jako mężczyźnie zostało postawione mi zadanie zakupu materiałów pirotechnicznych. Właśnie kupiłem z marketu i w sumie jako to mówią: nigdy nie mów nigdy. Coś tam za kilkanaście złotych, symbolicznie wziąłem. Jeszcze facet widząc, żem zielony postanowił mnie narżnąć na kilka setek: to tak to srak, bo Las Vegas, bo wszystkim gul wyskoczy, a jakie efekty…
Efekty mam w kinie na jakiejś durnej bajce o super bohaterach.

Osobiście jeśli już mam się bawić w piromana wolałbym trzonek od łopaty z nasączoną benzyną lub olejem napędowym szmatą, co by nam dało pochodnię. Ewentualnie jakieś mega wielkie ognisko.

A tak prawdę mówiąc: czy ja wiem czy mam ochotę iść? W sumie już się zdeklarowałem, zresztą co koleżanka to koleżanka. A że jestem jedną wielką chodzącą seksualną czekoladą to wiadomo.
I w Nowy Rok będzie mnie pewnie bolała głowa i będę czuł wstręt do wszystkiego z sobą włącznie.

To nie chodzi aby nakupować rzeczy za nie wiadomo ile, byle odbębnić.

23 grudnia 2016

Niby nic: trochę kartonu o grubości 1 mm, trochę papieru ozdobnego, klei (w sumie dwa różne kleje) i nowe ostrze w skalpelu. A jednak ogarnięcie pudełek i popakowanie prezentów pod choinkę swoje zajęło. Wiadomo, nie prezenty są w tym wszystkim najważniejsze, ale zawsze miło jak są i miło jak cieszą.

A sobie aby robić prezenty nie potrzebuję świąt.

Jest taki zabobon, że jeśli ktoś siedzi w rogu-na skraju czy na końcu to zawsze będzie sam. W sumie z reguły takie miejsca mi się często trafiają. W dodatku w zespołach muzycznych branie mają frontmeni, tudzież inni gitarzyści, a z bębniarzami zawsze jest bida.
Hahahaha, nie dość, że siada na skrajach, to jeszcze wali w gary.

I jak to jest, że się nieraz pewien utwór muzyczny przyczepi i nie może dać spokoju. Tzn, słucha się go w zapętleniu non-stop i nie ma się go dosyć?

o lizaniu

14 grudnia 2016

Najgorsze jak zwykle jest czekanie. A gdy się czeka zaczyna się mieć wątpliwości. Pomijam fakt, że wątpliwości towarzyszyły i towarzyszą mi przez całe życie. Cały czas zastanawiam się i miętolę po raz enty to i pstro. Nieraz zastanawia mnie czy tylko w moim wypadku „ten typ tak ma”, czy może wszyscy też tak maja. Zastanawiam się, dumam i co? I mam wątpliwości. Trudno, tak czy inaczej mam nadzieję, że do końca roku być może coś się wyklaruje.

Idą święta. Ja wiem: jestem niewierzący, więc albo powinienem siedzieć cicho, albo spierdzielać na Madagaskar. Nie będę siedzieć cicho, na Madagaskar też nie spierdzielę (to we Wrocławiu jest mój dom i mój korzeń i szczep piastowski). Nie będę się też bawił w dysputy teologiczno-filozoficzne. O czymś innym chcę napisać.
Technologia: zaczęło się od telefonu, potem telefon zrobił krok naprzód i wycudował sms. W tak zwanym międzyczasie powstał internet i e-mail. Wreszcie jedno z drugim wzięło mariaż i mamy teraz to co mamy: czyli wszelkiego rodzaju mesendzery i portale społecznościowe typu pejsbuk, czy inne ćwierkalnie dostępne od ręki w każdym zakątku cywilizowanego świata na cybercudzie.
W sumie jest to naturalna kolej rzeczy, wszakże świat nie może stanąć w miejscu. Tylko nie wiedzieć czemu odnoszę nieraz wrażenie, że wraz z rozwojem świata/cywilizacji, ludzkość w tymże rozwoju się cofa.
Dlatego, przeciwdziałając cofaniu się w rozwoju, postanowiłem przywrócić tradycję ręcznego pisania kartek na święta. a następnie nożnego wysłania się na pocztę w celu odstania swego w kolejce, aby wysłać te kartki w świat.
Ja wiem, że prezenty, że czas nas goni, że porządki i inne takie, ale jaka to przyjemność siąść na chwile, przypomnieć sobie jak się trzyma długopis/pióro, w ogóle jak się ręcznie pisze, o adresowaniu kopert nie wspominając już, a potem wyjąć ze swego życiorysu czas spędzony w kolejce na poczcie (a może już pchlim targu) i w końcu wrzucić te koperty do skrzynki licząc, że dojdą przed świętami.
Ok, może nie każdy odnajdzie w tym jakąś przyjemność, ale …
za to kiedy życie minie,
Nagrodzone będzie wszystko,
Bo gdzieś przecież być powinien
Raj zmęczonych ateistów!

Też jestem Andrzej: z bierzmowania

30 listopada 2016

W sumie to jestem już dyplomowanym archiwistą. W przyszłym roku zrobię jeszcze kurs II stopnia i powinno to jeszcze lepiej wyglądać. A obecnie wygląda to tak, że startuję w trzech poważnych konkursach na stanowiska archiwalne. Do tego jeszcze multum rozesłanych cefałek, ale to już takie ogólnie o jakąkolwiek w miarę odpowiadającą (sprzedaż choinek na święta mnie nie interesuje) mi pracę.

I w dupie mam ekonomistów, którzy uważają, że człowiek powinien się w swoim zawodowym życiu co najmniej dwa razy przekwalifikować. Ciekawe ile razy oni się przekwalifikowywali lub jeszcze ile razy przekwalifikowywać się mają zamiar.

A oprócz tego no cóż: dzień leci za dniem, nie gniję szczęśliwie już w tym bełkocie zwanym kancelarią prawną i cały czas mam nadzieję, że w niedługiej perspektywie czasu los się do mnie uśmiechnie. W sumie już zrobił mi miły gest, ale od takiego gestu jeszcze długa droga.

dyskutując z głuchym o muzyce

11 listopada 2016

Sytuacja przedstawia się tak: nie lubię swojej pracy – mówiąc oszczędnie i łagodnie – w związku z czym 18 listopada jestem tam po raz ostatni. Bez żalu.
Cóż, przeglądam różne oferty pracy, aplikuję i rozsyłam cefałki w te miejsca, które mnie interesują. Póki co jednak bez większego odzewu. Jak co zarejestruję się w pośredniaku i będę czekał na pozytywną odmianę.
Wychodzi więc na to, że na własne życzenie wracam na bezrobocie. Z drugiej strony jak mam dostać nerwicy zapierdalając za dwóch, a czasem i za trzech, bez jakiegokolwiek pozytywnego efektu tego zapierdalania i jeszcze dostawać po dupie, to dziękuję.

A z „koleżanką” i niegdysiejszym najlepszym kumplem już się widziałem. Było i się skończyło. Ja mam swoje życie, oni swoje i cześć. Jak tysiące twarzy mijanych dzień w dzień na ulicy.


  • RSS