Przyszło nowe

10 września 2017

Żyję i pracuję. W sumie mijają mi już trzy tygodnie pracy w statystyce publicznej. Wiadomo, że początki zawsze bywają trudne. Pytanie teraz, czy zaczynając pracę w Sądzie, czy w Komendzie czułem taką samą bojaźń jak teraz. Trudno powiedzieć. Nie pamiętam po prostu dokładnie jakie uczucia mną wówczas targały. Początek pracy w Sądzie pamiętam jak przez mgłę. W sumie oprócz bojaźni czułem wtedy chyba też euforię, że mam pracę i tyle w temacie. W policji także czułem bojaźń, niemniej szybko się zaaklimatyzowałem i bojaźń ustąpiła. Teraz tez nie jest źle, z każdym dniem jest coraz lepiej, niemniej dopiero z początkiem pracy przyszła mi nostalgia i pewnego rodzaju żal za tym co minęło, czyli za pracą w Komendzie, która choć idealna nie była, to jednak dla mnie była w sam raz. Trudno, było minęło, żal trzeba odchorować. Nie mówię nie, chociaż z drugiej strony wszystko co nowe z czasem staje się starym. Urząd Statystyczny jest miejscem dobrym, a moim problemem jest fakt, że łatwo przyzwyczajam się do miejsc dobrych. I w nagłej sytuacji zmiany trudno mi się było odzwyczaić od policji i na nowo przyzwyczajać do nowego. Ale jak już pisałem co nowe szybko staje się starym. Aklimatyzacja przebiega pomyślnie, w dodatku w dłuższej perspektywie czasu rozsądniejszym dla mnie rozwiązaniem będzie pozostanie tam gdzie jestem, niż ewentualny powrót do policji, gdzie jednak realia szybciej się zmienia i nic nie jest dane raz na zawsze, szczególnie etaty dla pracowników cywilnych. A i statystyka jest jednak dziedziną spokojniejszą i mniej uciążliwa niż resort spraw wewnętrznych. Zresztą nie będę adhoc zamieniał stałego etatu na nie wiadomo co.

Człowiek jednak też przywiązuje się do ludzi i chyba bardziej mi żal zaprzestania obcowania z ludźmi których polubiłem i do których się przywiązałem. Szczególnie do koleżanki z którą dzieliliśmy wspólną pracę w archiwum. Nie, żadnego podtekstu. Po prostu spędzając ze sobą te kilka godzin dzień w dzień rozumieliśmy się ze sobą bez słowa. Po prostu zagrała chemia i tyle. I chyba tego jest mi najbardziej żal, że moje odejście ten kontakt uszczupli, a z czasem być może i zatrze. Bo owszem kontakt mamy, jednak każde z nas ma swoje życie i sprawy i z czasem będzie coraz mniej wspólnych tematów. Tym bardziej, że jednak ulepieni jesteśmy z nieco innej gliny. Tzn, Ona z lepszej, ja z gorszej.

Żeby jednak nie było i tu dzielę pracę i pokój z osobami wartymi pracy. Mam nadzieję, że dalszy czas potwierdzi ten osąd. 0 zjebów, a i warunki pracy lepsze. I forsa też ciut lepsza. Z tej okazji niedawno, po prawie półrocznym przeglądaniu wymieniłem auto na nowsze i lepsze od dotychczasowego (akurat na jubileusz X-lecia posiadania prawa jazdy). Chociaż dalej używanie. Na nowe mnie nie stać, zresztą wydawać minimum 40 tyś złotych na tylko samochód to jednak lekka przesada.

A może to tylko nostalgia powodowana corocznym smutkiem z okazji końca lata, wakacji i niestety kolejnym zamieraniem przyrody. Co z tego, że to cykliczne i przecież do wiosny już niedaleko? Początki jesieni zawsze bywają dla mnie uciążliwe.

Nieróbstwo

13 sierpnia 2017

Kartka w kalendarzu jest jaka jest, a ja dopiero zaliczyłem pierwszy grill w tym sezonie i pewnie ostatni. Niemniej spędziłem czas miło i konstruktywnie, strzegłem ognia, także i wypełniłem swój samczo-pierwotny instynkt zapewnienia ciepłej strawy. Humory dopisały, pogoda także, a piwo bezalkoholowe z racji prowadzenia auta smakowało wcale nie gorzej niż normalne piwo. I w sumie piwo bezalkoholowe jest nawet lepsze od zwykłego, bo można je żłopać niemalże do woli, to znaczy do pęknięcia, gdyż z racji nie posiadania (prawie) alkoholu nie otępia i nie otumania. Oraz nie prowadzi do odruchu zwrotnego.

Człowiek po alkoholu wypisuje rzeczy różne: raz ukośne, raz podłużne. Fakt, ze ostatnie dni były cholernie gorące. Były tak gorące, że od upałów mózg mi się lasował, bo i na nic nie ma się ochoty i nic się nie chce i ogólnie jest okropnie. Z drugiej strony moje wolne trwa już miesiąc, mam jeszcze półtora tygodnia przed sobą. I prawdę mówiąc, pomimo szukania sobie rożnych aktywności trafia mnie już szlag. Pieniądze też nie są wieczne. Fakt, że chyba zaczyna mnie już brać starokawalerstwo i z jednej strony bardzo sobie ten stan cenie, z drugiej strony jednak miło by było, ale jednak. W swoim fizjonomicznym antyamanctwie nie powoduję u nikogo szybszego bicia serca. Owszem, mam kilka zalet, którymi staram się przekuć ponad to moje antyamanctwo, ale… no cóż są kowale i są KOWALE.
Mniejsza o smętny, niemniej w momencie upalnego żaru z nieba i nadmiaru wolnego czasu zaczyna człowiekowi odwalać kita. Tudzież odwalać libido.

Koleżanka z Sądu Okręgowego w dalszym ciągu powoduje u mnie szybsze bicie serca, no ale wszyscy wiedzą w czym jest cały ambaras. Zresztą nieważne, spotkamy się, poplotkujemy, pogadamy… resztę zostawiam w sferze niespełnionych fantazji i zdrowego rozsądku (bo w sumie po co się męczyć?). Liryzm jest potrzebny, ale nie mam już kilkunastu lat, aby odstawiać smęty. Niestety trzeba żyć do przodu, chociaż nieraz cholernie się nie ma na to ochoty.

I jak to jest, że będąc z natury introwertykiem i samotnikiem, który w dupie ma osoby, które zawracają mi gitarę i tym bardziej ich unikam, w sytuacji, kiedy sam bym komuś pozawracał dupę cholernie ciągnie mnie do ludzi?

Szczęśliwie upały ustąpiły i można się przewietrzyć.

Chociaż nie, napisze jeszcze jedną rzecz, bo w sumie ten wątek już kiedyś poruszyłem. Pamiętacie zeszły rok? Poznałem niewłaściwą osobę i w sumie schrzaniło mi się przy tym ważne dla mnie koleżeństwo. Otóż „koleżanka” i mój niegdysiejszy najlepszy kumpel przysłali mi ostatnio kartkę z Rzymu – konkretnie Watykanu – w której to kartce życzą mi dużo zdrowia, szczęścia i innych pierdół. Oczywiście musimy ustawić się na wino (od momentu upadku Ostrowina, nie pijam wina) i inne takie pierdoły i z podpisu wynika, że się pobrali. Spoko, najlepszego. Ale w tym wypadku nie mam ochoty z nikim się spotykać. Nie, nie chodzi tu o żadne żale, ani inne takie. Fajnie że sobie ułożyli życie (w sumie trafił swój na swoją), ale to już nie moja bajka. Nie mam nic przeciwko kurtuazji w tramwaju czy kolejce do kasy w sklepie, ale na specjalnie aranżowane spotkania spotkania produkować się nie zamierzam. Zgodnie z maksymą, że co było a nie jest. Przecież nie z każdym utrzymuje się znajomość i kontakty aż po grób.
Z drugiej strony watykańskiego znaczka nie miałem dotąd w swoich zbiorach i bardzo mnie on ucieszył. Dla niewtajemniczonych: tak, zbieram znaczki pocztowe, sądowe, skarbowe, notarialne i inne takie podobne.

seksmisja niegodnego

3 sierpnia 2017

Facet w swoim ślepym i tępym czerepie jest sobie w stanie utworzyć okropne rzeczy. I swojej erotomańskiej wizji jest w stanie tak pójść w stan tępoty umysłowej, że dla „bogini” byłby w stanie postawić wieczny pomnik uwielbienia, do tegoż wznosić modły i cholera wie co jeszcze, a kwintesencją jego erotomaństwa byłoby całościowe sałospalenie połączone z całocielnym pochlastnaniem się na ołtarzu tego erotomaństwa i czystego, nieskalanego uwielbienia-miłości.

Jestem dziabnięty, więc wypisuję tu teraz straszne rzeczy, ale wzorem starożytnych miłość to coś większego niż tylko seksualno-erotyczny akt między obiema płciami. W sumie czasami rozumiem antyczną sodomię, która była stanem wyższego uwielbienia i bliskości i oddania. Bo w końcu kobieta służyła do prokreacji, a prawdziwe uczucie i oddanie można było oddać jedynie przedstawicielowi tej samej płci.

Nie zaglądam nikomu do łóżka, więc i nie jestem aż tak nowoczesny. W moim zainteresowaniu pozostawały i pozostają kobiety. Obecny wpis powodowany jest pewną przewspaniała aktorką, dla której w chwili obecnej byłbym w sanie pokroić się na kawałki i posolić i przypalić na rożnie i się skonsumować, a potem wysrać do kanału ściekowego. To jest wynik uwielbieni należnego płci pięknej, która choć niedoceniania i nieraz trudna do zrozumienia jest najwspanialszą najwspaniałością istniejącego świata i pisząc o antycznej sodomii, miałbym na myśli konwersję na płeć piękna, gdzie to faceci służą prokreacji, a prawdziwa i wyższa miłości duchowość należna powinna być jedynie jednej kobiecie i drugiej kobiecie.

Nie, nie fetyszyzuję. Naprawdę uważam – na trzeźwo również – pomijając swoje męskie erotomaństwo, że kobiety jako istoty wyższe kochają wspanialej niż pospolici faceci, którzy myślą tylko o bzykaniu i dopóki nie zmięknie im fajka są zainteresowani, a potem to tylko jakieś pierdolety.

Tak, gdybym urodził się kobieta zostałbym lesbijką. I amen w pacierzu i dobranoc

4.08.2017

Człowiek pod wpływem różne dziwne rzeczy pisze. Tzn, nie żebym teraz zaprzeczał lub się autocenzurował, ale są takie osoby i też sytuacje, że człowiek w swej małości i niskości i w sumie małostkowości czuje się niegodnym czegokolwiek. Może zabrzmi to zbyt upodleńczo, ale czasem trzeba znać swoje miejsce w szeregu i trzeba mieć do kogoś szacunek, tzn. w tym chociaż względzie, aby nie myśleć jajami, a otaczające nas przedmioty i rzeczy traktować jako przedłużenie tychże. Proza życia jest ważna, a literatura to wspaniała sztuka, ale oprócz prozy daje nam ona także poezję. a poezja to liryzm, to piękno. I choć osobiście nie jestem miłośnikiem poezji, wolę prozę, to jednak przynajmniej odrobina tego liryzmu jest potrzebna. I ckliwość i piękno. I muzyka

a zaczęło się od filmu

tuptuptup

28 lipca 2017

W milicji nie pracuję, o tym pisałem ostatnio. Była to także umowa na zastępstwo, wiec wiadomo o co chodzi. Niemniej nauczony doświadczeniem z okresu jaki spędziłem w sądzie, aby nie obudzić się z ręką w nocniku, cały czas miałem na uwadze różne ogłoszenia i wyszukiwarki ofert pracy. I będąc jeszcze pracownikiem KMP we Wrocławiu odpowiedziałem między innymi na ogłoszenie wrocławskiego Urzędu Statystycznego w sprawie pracy na samodzielnym etacie w archiwum zakładowym – dla mnie jak znalazł. W tak zwanym międzyczasie zastępowana koleżanka wróciła do pracy, ja pożegnałem się ze wszystkimi i w sumie nie zostało mi nic innego jak zarejestrować się w pośredniaku i czekać na lepsze czasy. Zarejestrowałem się w pośredniaku, co prawda prawa do zasiłku nie mam, ale to szczegół, tym pomartwię się później. W tym czasie odezwały się kadry statystycznego, z informacją, że zapraszają mnie na dalszy etap konkursu do arch. zakładowego. No i gitara, powiedziałem A, oni odpowiedzieli B, teraz trzeba tylko dopowiedzieć resztę alfabetu.
W wyznaczonym dniu, o wyznaczonej godzinie stawiłem się wygalantowany (z tej okazji kupiłem sobie nawet nowe buty). Oprócz mnie na posadę ostrzyło sobie zęby jeszcze kilkanaście osób. No to pięknie… – pomyślałem sobie. Z drugiej strony są pewnie takimi samymi, a może nawet gorszymi pierdołami od ciebie, czemuż to niby miałbyś być od nich gorszy?
Na początek część pisemna – test. 19 pytań z zakresu wiedzy ogólnosocjologicznej i ogólnoarchiwalnej. Aby przejść dalej należało odpowiedzieć poprawnie na 12 z nich. Pytania w sumie były łatwe niemniej diabeł tkwi w szczegółach, a pomimo włączonej klimatyzacji, lało się ze mnie niczym z Niagary.
Test zdało 6 osób. Pierwszą osobą, która zdała – alfabetycznie – byłem ja (dobrze mieć nazwisko na siódmą literę alfabetu). Reszcie podziękowano, a naszej szóstce postawiono krzesła na korytarzu gdzie mieliśmy oczekiwać wezwania na rozmowy z komisją konkursową. Ustaliliśmy między sobą kolejność, bo oczywiście ktoś tam był spoza Wrocławia i pociąg do domu, a to z kolei ktoś zamiast jak normalny człowiek wziąć sobie wolne w pracy, zwolnił się na godzinkę, góra dwie i klops, a mnie to i tak wisiało, także wszedłem jako piąty. Tradycyjnie: proszę się przedstawić, opowiedzieć coś o sobie dlaczego akurat tu, dlaczego akurat taki zawód, czy łączy pan przyszłość z nami, jakie ma pan zainteresowania, co pan może powiedzieć o prowadzeniu badań statystycznych, a co o pracy… Nie chcę wyjść na jakiegoś zadufanego w sobie próżniaka, ale nie skłamię pisząc, że komisja konkursowa była mną oniemiała. Erudycja, kultura słowa, wreszcie wrodzona kultura osobista na najwyższym poziomie, elokwencja, poczucie humoru i inne takie cuda na kiju – przede wszystkim wola pracy w danym zawodzie, a jak się uda to i w samym urzędzie.
- Dziękujemy za wszystko. W przeciągu kilku dni odezwiemy się do każdego z państwa z informacją o wynikach konkursu.
nerwy
nerwy
nerwy
Przy okazji pośredniak znalazł mi nawet ciekawą ofertę pracy w PCK. Pojechałem tam i oczywiście okazało się, że ta oferta jest już nieaktualna od co najmniej dwóch tygodni, zresztą nawet gdyby była, diabeł wie czy bym z niej skorzystał. Otóż w drodze od jednego do drugiego zadzwonił do mnie telefon z Urzędu Statystycznego… nie to byłoby zbyt wesołe aby było prawdziwe. Nie wygrałem konkursu (jeszcze?). Ogólnie z puli sześciu osób zostały dwie lub trzy, i Pani Dyrektor, chciałaby osobiście ‚przewałkować’ każda z tych osób. w sumie nie dziwię się Jej, bo przecież zatrudnia te osoby na pełny samodzielny etat – żadne zastępstwa – i w sumie wypadałoby osobiście poznać każdego z kandydatów coby wiedzieć co to za zjeby i z czym do ludzi.
- Także nazajutrz o godzinie 13:45, chociaż godzina może jeszcze ulec zmianie, niemniej zostanie pan o tym poinformowany, jest pan proszony do gabinetu Pani Dyrektor.
NERWY
NERWY
NERWY
Ponownie się wygalantowałem, przepolerowałem buty, sążnie pokropiłem się „Przemysławką” i dawaj. Pani Dyrektor jest osoba konkretną, rzeczową, a przy tym bardzo sympatyczną. Takie odniosłem wrażenie. Rozmowa przebiegła bardzo miło, oczywiście w dużym uproszczeniu mogę napisać, że była to po prostu powtórka z rozrywki (o sobie, dlaczego, jak, po co, w jakim celu…?)
- Dziękuję, dziś, względnie w najbliższych dniach zostanie pan poinformowany.
JA PIERDOLE.
NERWY
JA PIERDOLE
Wróciłem do domu, minęło kilka minut i telefon.
- Dzień dobry. Miło mi zakomunikować iż z grona wszystkich kandydatów uzyskał Pan najwyższa ilość punktów i komisja konkursowa z Panią Dyrektor na czele zdecydowała o zatrudnieniu Pana na stanowisku… w naszym Urzędzie.
O JA PIERDOLE!!!
22 sierpnia zaczynam pracę. Oczywiście pożyjemy zobaczymy ale wychodzi na to, że jednak chyba nie jest tak źle. Przynajmniej w tej kwestii.

lato

8 lipca 2017

Tym razem obiecałem sobie, że nie popełnię tego samego błędu co poprzednio, że tak jak poprzednio nie polubię i nie przywiąże się do tego miejsca w którym spędzam te kilka godzin dziennie i do tych ludzi z którymi codziennie się widzę, i którzy choć czasem mnie denerwują, to jednak ich lubię, tak jak i lubię rzeczy, które wykonuję.
Obiecałem sobie….

Obiecanki cacanki.

Najprawdopodobniej na dniach odejdę z pracy, bo oczywiście – o czym chyba nie pisałem – obecnie pracuję także w ramach umowy na zastępstwo. I pomimo, iż dziewczyna, którą zastępuje do pracy osobiście wraca dopiero w październiku, na dniach kończy jej się macierzyński po którym weźmie sobie wychowawczy i jeszcze inne urlopy z przysługującej puli urlopowej. Jednak zgodnie z kodeksem pracy takie coś jak wychowawczy i przysługująca pula urlopowa nie stanowią podstawy do zastępstwa. A z budżetem jest różnie także etatu utworzyć się nie da, bo się nie da i są ważniejsze sprawy na głowie: np zbliżające się święto policji.
Także znowu zostanie mi obiegówka miłe słowa powodzenia w szukaniu pracy i bywaj.

Złożyłem już papiery w kilku konkursach i może coś się uda, mimo to znowu czuje się jak skopany kundel.

11.07.2017

Było miło ale się skończyło…

i do przodu

25 czerwca 2017

Najdłuższe dni w roku, podobno magiczne. Jakoś jak zwykle nic magicznego mnie nie spotkało. I w sumie nie ma się czemu dziwić, bo skoro jak dotąd w całym okresie swojego nudnego żywota nie wpadłem na pomysł aby klękać i modlić się przed drzewami, dżdżownicami lub innymi pradawnymi pomnikami miśków, to i nic magicznego się nie stanie. Parafrazując wielkich myślicieli ruchu robotniczego: kto nie wierzy, ten nie doznaje zaszczytów.

Spotkał mnie taki zaszczyt w zeszłym tygodniu. Dla wielu osób byłby to pewnie zaszczyt przez wielkie Z. Ja jednak z tego zaszczytu nie skorzystałem. Chodzi o brata, a dokładniej bratanka. Mój brat z braku ciekawszych pomysłów, wpadł aby zaproponować mi zostanie ojcem chrzestnym jego syna. Pomijam fakt, że mój brat jest człowiekiem bardzo wyjebanym na kwestie wiary, ale tradycja i rodzina żony (która to z kolei jest nieco bardziej święta od samego papieża – znaczy ta rodzina żony brata) i w ogóle trzeba, bo tak wypada, bo pitupitu. Odmówiłem. Mówcie sobie co chcecie, ale jeżeli dziecko ma być wprowadzane do kościoła to niech przynajmniej wprowadza je ktoś komu nie przeszkadza idiotyzm tego wprowadzania. Tzn nie chodzi mi tu o kwestie teologiczne (i podważanie tychże), ale skoro ja je odrzuciłem, to jaki jest sens abym odwalony w garnitur na mszy przed księdzem przysięgał w imię boga wszechmogącego i Maryji zawsze dziewicy i trójcy świętej, że będę wprowadzał małego w wiarę i zasady wolności katolickiej wiary w imię ojca i syna amen?
Jak znam życie, to mój brat i tak znalazł sobie gorszego antychrysta ode mnie, ale w końcu, grunt, żeby była impreza, była wódka (może nie namacalnie, ale w przenośni) i żeby potem było cwaniakowanie w stylu „słuchaj ojca chrzestnego, bo inaczej nie dostaniesz Ferrari na komunie”. A skoro tamtemu to pasuje, to pies z nim tańcował.

W sumie pojechać, pojadę. Odbębnię listę obecności, przemielę kilka durnych pytań, nażrę się co tam dadzą do żarcia i szlus, kolejna rodzinna uroczystość z głowy.

Zresztą i tak mnie nie stać na Ferrari

13 czerwca 2017

Nie mam parcia na szkło. Chyba, wiedziałem na co się piszę i nie mam po co robić gównoburzy, że to i że tamto. Zaczynam szukać gdzie indziej. Coś na pewno znajdę, a kiedy będę musiał podjąć decyzję, to ją podejmę i albo zostanę, albo odejdę.

I dlaczego sny zamiast odprężać, męczą i zabijają ćwieka?

hej sokoły

29 maja 2017

Lada dzień będziemy obchodzić dzień dziecka. Nie, nie robię sobie prezentu pokroju znaczka z 1951 na którym największy w Polsce przyjaciel dzieci i młodzieży Prezydent (jeszcze) Bolesław Bierut stoi wśród zgromadzonej wokół niego dziatwy. Oczywiście prędzej czy później taki znaczek sobie sprawię, ale jeszcze nie teraz.
Póki co prezent zrobił mi mój pracodawca i dziś po prawie czterech miesiącach oczekiwania w końcu odebrałem poświadczenie bezpieczeństwa dzięki czemu mogę pracować w zgodzie z ustawą o ochronie informacji niejawnej. Słowem szacun na dzielnicy.

Przy okazji szacunku, w piątek dostałem sms treści mniej więcej takie: „Hej, idziesz z nami wieczorem na piwo?” Sms pochodził z numeru mi nie znanego, także początkowo nie wiedziałem kto pisze. Jednakże po pewnym czasie wytężonego wytężenia umysłu doszedłem do wniosku, że to musi być koleżanka, którą poznałem w zeszłym roku, w związku z czym lekko się wtedy zatraciłem, zresztą i tak wiadomo o co chodzi. Jestem małostkowy owszem, ale z drugiej strony jesteśmy przecież dorosłymi ludźmi. Ponadto jestem wolnym i nieskrępowanym człowiekiem i mimo, iż niespecjalnie mnie ucieszył ten niespodziewany odzew, napisałem, że akurat ani piątek, ani sobota mi nie pasują, ale w jakiś inny dzień możemy się spotkać na piwo.
W sumie nie wiem o czym byśmy mieli gadać i w jakiej atmosferze przebiegnie ewentualne spotkanie, w sumie nie specjalnie mnie to interesuje, bo nie chodzi o żywienie do kogoś urazy, tylko o to, że drogi w naturalny sposób się rozchodzą, przy czym życie toczy się dalej i czasem lepiej trupa nie odkopywać. Owszem można wymienić się wzajemnymi kurtuazjami przy okazji spotkania na ulicy, ale… Zresztą czy to ważne; co przyniesie czas to przyniesie, ja obrażalskim smerfem marudą nie jestem i kij z tym.
Tak czy inaczej niedziela także odpadła, bo koleżanka jedzie, a może już pojechała na wschód – chyba do Rosji – i po powrocie być może się odezwie . A jak się nie odezwie to też żadna strata. Przy okazji zaproponowała jeszcze wypad do Lwowa, ale tym wcale już nie jestem zainteresowany. Raz: że naprawdę nie wiem po jaką cholerę miałbym się tam z nimi pchać, dwa nie posiadam paszportu i wizy, trzy: to jednak Ukraina i trochę tam teraz niebezpiecznie. Wreszcie nie ciągnęło i nie ciągnie mnie na wschód.
Ja wiem, że tradycja, historia, dla wielu to także korzenie rodzinne: Sokoły, Ukraina, dumka na dwa serca i inne takie cuda. Rozumiem, że sentyment do kresów wschodnich jest obecny i obecny będzie w naszej polskiej świadomości, ale dla mnie osobiście to jest kałmuctwo. Ja wiem, wychodzi ze mnie teraz szowinista i inne takie ksenofobie. Może faktycznie użyłem za mocnego słowa. Po prostu nie czuję z tamtymi terenami żadnej więzi i żadnego sentymentu. „Lwów to dla mnie zagranica”. Wiadomo wojna, zmiana granic, ustroju, poczucie wyjebania w 4 litery, ale cóż: to już historia i nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz w historii ludzkości. Trudno. Mamy to co mamy.
Nie odbieram nikomu prawa i ochoty do korzeni, do sentymentu itd. Dla mnie po prostu było i minęło. Zresztą tak wesoło tam kiedyś też nie było. Mimo to ja się w tamte rejony nie pcham, bo jednak swój korzeń zapuściłem w tym oto prastarym grodzie piastowskim zwanym Wrocławiem i pewnie w obliczu wydarzeń jakie wydarzyły się wobec mieszkańców dawnych ziem polskich sam pewnie nie byłbym w stanie pogodzić się z trwałym oderwaniem od tej dolnośląskiej pępowiny. Zresztą cholera wie co by było. Mimo to życzyłbym sobie i każdemu, aby na własnej skórze się o tym nie przekonywał.

Dawno już nic nie puszczałem: taki sobie sympatyczny utwór z terenów dawnej Czechosłowacji. Jednak kulturowo bliżej mi w te rejony

wypominki

24 maja 2017

W sumie mógłbym urządzić mały benefis, bo i w sumie obchodzę dziś mały jubileusz. Tak, drodzy moi czytelnicy i czytelniczki, równo 10 lat temu zapłaciłem smsem 10 PLN „wpisowego” i założyłem to swoje małe w miarę chyba anonimowe miejsce w przepotężnych odmętach internetu, które to miejsce zwie się blogiem. Płakać i wyć ze śmiechu może mi się dziś jedynie chcieć, kiedy wspomnę sobie okoliczności psychomentalne, które to towarzyszyły mi w okresie, kiedy tenże blog zakładałem, ale cóż. Każdy przez takie cuda (urojenia?) przechodził. w sumie później przez gorsze cuda przechodziłem ale to szczegół. Było, minęło i dziś już tylko można się śmiać, na ewentualne wspomnienie. Z drugiej strony, każdy czas: zarówno ten lepszy jak i gorszy zostawia po sobie miłe wspomnienie/

w sumie szkoda tylko czasem, że z niektórymi osobami nie ma się już kontaktu, z drugiej strony, czy ja wiem po jaką cholerę by ten kontakt mieć. I z tymi z którymi mam kontakt, nieraz coraz rzadziej mam o czym gadać.

ajajmaj

13 maja 2017

Przez dyżurkę przeszedłem tradycyjnie kilka minut po wpół do 8. Przed wejściem ploteczki z załogą arch Kom. Wojewódzkiej. Potem kawusia, potem zaległa krzyżówka z czwartkowej gazety, w międzyczasie odpaliłem komputer, sprawdziłem korespondencje i tworzone przez wydziały spisy zdawczo-odbiorcze, potem skończyłem książkę, którą czytałem, potem kawusia – tym razem zbożowa, potem kolejne ploteczki z Wojewódzką i nadeszła 12:30 i do domu. I tak wyglądało dziś odpracowywanie wolnego z majówki. I takie odpracowywanie mogę mieć codziennie.

W sumie tak i nieraz wygląda mój dzień pracy. Tylko się cieszyć, a nawet jak jest młyn to i tak nie jest źle, w końcu robię to co lubię i to jeszcze kilka minut drogi od domu.

 

Do Wrocławia chyba już na dobre przyszła długo wyczekiwana wiosna. Ptaki śpiewają, wszystko dookoła kwitnie, wszystko jest tak jak być powinno, a jednak czegoś brak. Za szybko płynie ten czas.


  • RSS